Historia
(finansowa też) jednego porodu
Nasza słodka Perełka jest
suką hodowlaną, co potwierdzone jest odpowiednimi podpisami i pieczęciami w
rodowodzie. A skoro tak należałoby mieć od niej w hodowli szczeniaki. Osiągnęła
wiek rozrodczy (w naszej hodowli powyżej dwóch lat), skończyła championat,
postanowiliśmy ją pokryć Ognikiem. Ognikowi szalenie się to spodobało, Perełce
mniej, a właściwie bardzo jej się nie podobało. Najczęściej salwowała się
ucieczką przed reproduktorem po oparciach kanap i foteli, górą! My jednak
byliśmy zdecydowani! Skutek był mizerny, szczeniąt nie było. Przy następnej
cieczce powtórzyliśmy krycie z takim samym efektem. Postanowiliśmy
przeprowadzić gruntowne badania suki (przy okazji któryś raz z rzędu
przebadaliśmy Ognika). W klinice Akademii Rolniczej kazano nam się zgłosić w
pierwszym dniu cieczki u Perełki. Tak zrobiliśmy, rozpoczęły się
kompleksowe badania przydatności naszej suki, a tym samym koszty obciążające
przyszły miot Perełki. Z góry oświadczam, że opłaty w Klinikach Akademii
Rolniczej są najniższe jakie znam! Mimo to za większość trzeba płacić:
laboratoria (analityczne i mikrobiologiczne), leki, zabiegi.
Pierwsze badania (dojazd do
Lublina - 130 km), dzień po dniu okazały się pozytywne
dla nas i Perełki. Okazała się całkowicie zdrowa, zdolna do urodzenia
dzieci. Jednocześnie rozpoczęło się sprawdzanie dni płodnych począwszy od
9-tego dnia, co drugi dzień. W sumie przed kryciem 6 wyjazdów po 130 km. I tu
ujawnił się nasz błąd w wyliczeniach teoretycznych! Perła była do krycia
od 16 dnia cieczki! Na Ogniku, niestety, nie można było polegać, on ją chciał
od pierwszego do ostatniego dnia. Następny wyjazd, do reproduktora, w obie
strony prawie 400 km. Nauczeni przykrymi doświadczeniami z ultrasonografią ciąży
naszej Perełki w poprzednich "ciążach" (każdy z badających Perełkę
mówił co innego, a to będzie miała szczeniaki, a to "może", lub
nie ma szczeniąt), postanowiliśmy nie robić tym razem USG. Trwaliśmy w tym
postanowieniu do siódmego tygodnia ciąży. No cóż, przez cały ten czas Perła
nie miała apetytu, jadła tylko wybrane potrawy w dodatku w bardzo
ograniczonych ilościach. Nie wytrzymałam, musiałam wiedzieć! Znowu wyjazd do
Lublina do Klinik AR (tam chyba muszą się znać, uczą studentów!!!). USG
wykazało, według badającego Perłę lekarza wet. co najmniej dwa szczeniaki.
Po takim rozpoznaniu i wyliczeniu, że narodziny odbędą się 2-3 czerwca
czekaliśmy spokojnie na poród. W piątek, na cztery dni przed terminem porodu
Perełka zaczęła objawiać zaniepokojenie, kopać dziury, mościć gniazdo.
Nie spuszczaliśmy jej z oczu, ale... Na sobotę i niedzielę umówiony był
tabun ludzi, odbierali szczeniaki od Mojej. Po sobotnim przyjęciu gości, które
odbyło się w ogrodzie żeby zapewnić Perłusi minimum spokoju wróciliśmy do
domu dalej obserwować zbierającą się ponownie do porodu Perłę. Zmierzyliśmy
jej temperaturę, co wraz z zachowaniem się suki upewniło nas, że poród nastąpi
najdalej w nocy. Czekaliśmy godzinę, dwie, trzy, do rana. Już bardzo
zaniepokojeni (pierwszy poród!) z samego rana w niedzielę następna wyprawa do
Lublina, do tej samej AR (benzyna kosztuje!). Inny lekarz zrobił USG stwierdzając,
że szczeniaków jest raczej trzy niż dwa, że poród dopiero się zaczyna, że
wszystko jest w porządku, nie ma żadnych niebezpieczeństw dla suki i jej
szczeniąt, ale jeśli chce (Tomek był z Perłą) cesarkę, to on zrobi.
Zainkasował pieniądze, ale Tomek
nie chciał kroić ulubienicy, wrócił do domu. Ale, w środku nocy, bardzo
zaniepokojona rozwojem sytuacji zadzwoniłam do dyżurującej przychodni zapytać
o możliwość zrobienia operacji, ale kazano mi się zgłosić rano,
"nawet" o siódmej. Nad ranem Perełka się uspokoiła, temperatura
ciała podniosła się (wróciła
do normy). My już bardzo zmęczeni po nieprzespanej kolejnej nocy zaczęliśmy
przygotowania do przyjęcia gości, właścicieli ostatniej suczki od Mojej. Po
ich wyjeździe nastąpiła chwila spokoju, nawet godzinkę mogliśmy się
zdrzemnąć. Wieczorem następne mierzenie temperatury, normalna nie wskazywała
na zbliżający się poród, poszliśmy spać około 24-tej. O 1-ej zaczęła się,
tym razem prawdziwa akcja porodowa. O 1.50 urodził się, bez komplikacji
piesek. Perełka z miejsca zakochana w synku zajęła się szczeniakiem, a my z
natężeniem obserwowaliśmy każdy ruch,
każde drgnięcie suczki z niecierpliwością czekając na następnego
szczeniaka. Mijały minuty, zamieniały się w godziny, nic się nie działo..
oprócz naszego rosnącego zdenerwowania. O czwartej, doprowadzona do ostateczności
wyrwałam z łóżka zaprzyjaźnionego lekarza weterynarii z żądaniem
natychmiastowego przyjazdu do nas. Rad nierad przyjechał, zbadał Perłę uznając,
że jego zdaniem więcej szczeniąt nie ma, ale skoro USG... to może gdzieś
tam jeszcze jeden jest... Podał Oxytocynę i już teraz we trójkę wpatrywaliśmy
się w każde drgnięcie Perełki. I znowu cisza.. Doczekaliśmy do siódmej i
po naradzie zapakowaliśmy matkę i dziecko do samochodu udając się do
Lublina, do kliniki w przekonaniu, że bez operacji się nie obejdzie, że z
pewnością ten drugi szczeniak jest martwy. Tam z miejsca Perła została wzięta
w obroty, badanie USG wykazało brak następnych szczeniąt, potwierdziło to ręczne
badanie przez trzech doktorów, a pewność dało prześwietlenie! (za każde
trzeba było zapłacić, umiarkowanie, ale jednak) Wróciliśmy uspokojeni ale i
zdegustowani takim obrotem sprawy i zaczęłam odwoływać wiadomość o
liczebności miotu Perełki. Nie trzy, nie dwa, ale jeden, jedynak!!! Po
odpoczynku zaczęliśmy liczyć... Sporo nam wyszło w złotówkach...., a przed
nami następne wydatki. Szczęście z narodzin dziecka naszej najmilszej suni ma
posmak goryczy....